Odmienność

Inna

Od zawsze byłam inna. Czułam to bardzo intensywnie. Z jednej strony była moja własna nieadekwatność do sytuacji i okoliczności. Z drugiej strony to, co dawali mi odczuć ludzie z mojego otoczenia. Moją podstawową reakcją, wzmacnianą zwłaszcza przez rodzinę, było zaprzeczenie. W sumie to było takie dość dziwne. Mieszanka dezaprobaty, nadmiernego krytykanctwa, pchania mnie na siłę do robienia tego, co trudne i pewnej dumy z tego, co potrafiłam robić ponadprzeciętnie dobrze. W wyniku tego zawsze dążyłam do równania do innych, choć pod wieloma względami ich przewyższałam.

Radziłam sobie z tym wszystkim czasem lepiej, czasem gorzej. Dość wcześnie do mnie dotarło, że jeśli nadam moim działaniom odpowiednią szybkość, to jakoś mi się uda z wszystkim przemknąć i nikt się nie zorientuje, że działam raczej niekonwencjonalnie. Szybko się ruszałam i nie było bardzo widać, że jestem niezdarna. To wychodziło najczęściej wtedy, kiedy doznawałam kontuzji. Szybko mówiłam, bo w ten sposób mogłam zrzuć większość informacji, które mi się kłębiły w głowie na dany temat, czyli zrobić infodump, zanim słuchacze się znudzili i przestali mnie słuchać lub mi przerwali. Szybko się uczyłam, bo świat był niejasny i skomplikowany, a słowo pisane dawało mi niezbędne dane, które mogłam wchłonąć bez konieczności zadawania niezręcznych pytań. Bo przecież jak to możliwe, że tego nie wiem? W końcu wszyscy to wiedzą.

Niekoniecznie.

Szybkość zawsze miała jeszcze jedną zaletę. Dzięki niej nie do końca do mnie docierały problematyczne sytuacje. Jeśli działałam, i to szybko, nie przetwarzałam od razu reakcji innych ludzi. To, co oni robili, jak się czuli i co robili mnie, pozostawało poza obrębem mojego doświadczenia. Dopiero dobrze po fakcie mogłam się zastanowić i pewne rzeczy do mnie docierały. Jak chociażby to, że kogoś uraziłam. W tym kontekście szczególnie trudne są dla mnie sytuacje, w których potraktowałam kogoś tak, jak ta osoba mnie. I to było nieprzyjemne. Najpierw dla mnie. Potem dla drugiej strony. Wtedy zazwyczaj ta druga strona podnosi raban, wyrzuca mi wstrętne traktowanie i się obraża, często nawet wycofuje ze znajomości ze mną. A ja szeroko otwieram oczy ze zdumienia: czyli można było mi to zrobić, ale w drugą stronę to już straszne przestępstwo.

Skąd się to u mnie bierze? Czy nie mam świadomości, że ktoś się niewłaściwie wobec mnie zachowuje i bezmyślnie naśladuję wszelkie zachowania? Mam. Oczywiście, że mam. Jeśli jednak dana osoba potrafi się też zachować wobec mnie dobrze, to mnie to trochę myli. Skupiam się na tym, co dobre i przyjmuję do wiadomości, że pewne odchylenia są dopuszczalne. Dokładnie analizuję w jakich okolicznościach i w jakim kontekście druga osoba pozwoliła sobie na odstępstwo od pozytywnych zasad i się tego uczę. W końcu wszyscy potrafimy myśleć i krytycznie spojrzeć na swoje zachowanie. I powinniśmy być wyposażeni w podstawową empatię oraz wynikającą z tego wyobraźnię na temat uczuć innych ludzi w odpowiedzi na nasze czyny. Skoro ktoś okazjonalnie okazuje mi brak szacunku, to ja też sobie na to pozwolę. Jeśli ktoś mi okazuje notoryczny brak szacunku, odpłacam tym samym, zwłaszcza że stanowi to podstawę do absolutnego braku jakiejkolwiek relacji. Owszem, czasem może się wydawać, że moja reakcja jest nieproporcjonalnie intensywna, ale dzieje się tak dlatego, że wywołane we mnie uczucia były równie intensywne i dużo czasu zajęło mi poradzenie sobie z nimi. W wielu przypadkach miałam wrażenie, że okazywany mi brak szacunku wynikał z tego, jaka jestem. Po prostu, inni mogli sobie na to pozwolić, bo jestem 'taka’.

To wszystko jest trudne i skomplikowane.

Wciąż szukam mojego miejsca. W kwestiach zawodowych i ludzkich. Bezskutecznie szukam mojego plemienia. Choć coraz bliżej mi do zawodowego stanu spoczynku, ciągle czuję, że w pracy jestem tylko na chwilę, tymczasowo, jeszcze stamtąd wyfrunę, żeby robić coś, co będzie mi znacznie bardziej odpowiadać. To nie jest to, co chciałabym robić, co powinnam robić i co jest mi przeznaczone. Coraz bardziej jednak się boję wyjść poza to, co mam już oswojone. Przyzwyczajenie się do czegoś nowego zdaje się kosztować mnie więcej niż oswajanie tego, co znam. Bo to oswajanie nigdy się nie kończy. To, co znane, wysysa ze mnie energię poprzez ciągłe trwanie w trybie defensywnym, w pozycji 'na baczność’. Może jednak się mylę i trzeba zaryzykować.

Jest mi niefajnie.

Jestem wyczerpana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *