Komunikacja

Codzienne zagubienie

Gubię się w ludziach i w ich reakcjach. Nie mam pojęcia, co jest prawdziwe, a co nie. Spotykam wiele osób, które wyrzucają z siebie lawiny komunikatów z prędkością światła w próżni. I tak naprawdę nic w nich nie ma. Kompletnie. Taka werbalna biegunka. W sumie nie do końca wiem, co taka osoba sobie myśli. Czy naprawdę uważa, że to co ma do powiedzenia, jest najważniejsze na świecie i absolutnie wszyscy w zasięgu fal dźwiękowych powinni w zachwycie spijać mądrość z ich ust?

Serio?

Życie wśród słowotoku innych jest trudne i wysoce stresujące. Zawsze jestem jak na szpilkach i rozważam, czy powinnam w danym momencie przerwać, bo przecież chcę coś powiedzieć, równie ważnego i to najlepiej zanim przestanie to być istotne dla całej konwersacji. To jest wyczerpujące. Nigdy nie wiem, czy mam wsłuchiwać się w semantykę słów, czy może raczej szukać jakichś innych, raczej emocjonalnych przekazów. A może w ogóle trzeba zignorować gadaninę, bo nadawca potrzebuje się jedynie wywnętrzyć.

Więc słucham. Słucham wszystkiego. Przestawiam się na tryb chłonięcia informacji i nie filtruję. W razie potrzeby jedynie cofam sobie w głowie film i przesłuchuję zapis od nowa.

Najbardziej nie lubię sytuacji, które są czymś całkowicie przeciwnym do tego, co jest zawarte w semantyce słów i zdań. Weźmy, na przykład, niektóre kobiety. Potrafią wystrzelić pod twoim adresem komplementy z prędkością karabinu maszynowego. I człowiek powinien poczuć się super, taki doceniony i w ogóle… Tyle tyko, że… W pewnym momencie brakuje w tym treści. Niby są słowa i one łączą się w pozytywny przekaz i dowiadujesz się, że masz wszystko super, fantastycznie wyglądasz i niewiarygodnie wspaniale radzisz sobie w życiu. Szybko jednak zauważasz, że komplementy są mocno przesadzone. Najczęściej się to dzieje, kiedy masz zdrową dożę samokrytycyzmu i absolutnie nie wymagasz od siebie perfekcji w każdym calu. Wiesz, że ona Przesadza. Tylko dlaczego przesadza?

Przesadza, żeby nie dać ci dojść do głosu. Kobieta stara się zapchać kanał komunikacyjny swoją pozytywną, werbalną biegunką, żeby druga strona się zatkała i nic nie powiedziała. Bo to mogłoby być niewygodne. Może należałoby wtedy zejść z piedestału absolutnie pozytywnej osoby. Albo powiesz jej coś zbyt mądrego, a to jeszcze gorzej. Biedaczka nie będzie wiedziała, jak zareagować. Nie znajdzie właściwych argumentów i tylko ordynarnie zzielenieje z braku lepszej reakcji.

Mam wrażenie, że obecnie znakomita większość komunikatów nie ma wcale na celu komunikacji, ale uciszenie interlokutora po to, żeby całkowicie zdominować kanał komunikacyjny. Wtedy można mieć przez chwilę poczucie władzy i nadawania na cały świat. Najlepiej nieprzerwanie.

Stąd pojawia się komunikacyjne rozpychanie się łokciami. Chamskie przerywanie. Szukanie słabych punktów drugiej osoby, że w kilku słowach ją uciszyć i nastroszyć językowe piórka. Choć często one wcale nie są pawie. Raczej z częściowo obskubanego koguta, jeśli już. Albo wyleniałej kury. Biedne. Przetarte i nieco przybrudzone. Wyziera z nich nieustanne zaniedbywanie słowa pisanego.

W takich warunkach moje ciało reaguje somatycznie. Dostaję ataków astmy, bo tak mocno się spinam, żeby wyrzucić z siebie moją prawdę, że aż całe płuca zamykam w kleszczach stresu. I mocno próbuję. Sięgam do samego spodu płatów, pompuję pęcherzyki do granic możliwości. Zaciskam oskrzela i gardło, bo moja podświadomość wie doskonale, że na próżno.

Czasem mam wrażenie, że całe moje wnętrzności: płuca, serce, żołądek, jelita są siła woli podciągnięte pod gardło, bylebym tylko się właściwie wyraziła.

Na próżno.

Chcę zostać wysłuchana. Chcę, żeby ludzie w moim otoczeniu wysłuchali dokładnie tego, co mówię, w słowach, które z taką starannością dobieram. Komunikuję to, co chcę zakomunikować. Jeśli się wypowiadam na temat tego, że jakaś sytuacja mi nie odpowiada, to właśnie to mam na myśli. A często przypisuje mi się jakieś dodatkowe motywacje. Na przykład, że mam problem z jakąś osobą. Mam problem z sytuacją. Dlaczego tak trudno to zrozumieć?

Hm… Bo zrozumienie wymagałoby działania. Przyjmując, że ktoś ma problem z inną osobą, można schować głowę w piasek. Z tym przecież nic się nie da zrobić.

Mam wrażenie, że ludzie wokół mnie żyją bardzo po najmniejszej linii oporu. Tyle tylko że to nie za bardzo działa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *